Ludzie i Miejsca, Moje Podróże, Poezja

Listy z Kenory – Tinkerbell.

5a06e449dc8ea3f788ef0387be408eb2

Widziałem wczoraj w nocy Kanadyjskiego świetlika. Fire fly. Pierwszy raz w życiu. Prawdziwego. Jestem starym durniem a dopiero dziś widziałem cud. Małą latarkę nie – ludzkiej produkcji. Finezyjne światło które mnie zatrzymało w miejscu. Pierwsze skojarzenie, że to wróżka. Zobaczyłem wróżkę. Tinkerbell. Dziewczyna ze szpicastymi uszami która będzie ze mną. Przewodniczka, z innego świata którą schowam sobie w dłoni, a ona mnie ugryzie, jak tylko zgniątę jej skrzydełko. Zapomniałem na chwilę, okej, mogłem się zapomnieć. Zaczęła grać muzyka Chopina, a ja stałem jak stary dureń. Tak bywa. W jednoosobowym planetarium, byłem teraz. W scenie. W szumie świerszczy. Wsród zieleni nad wodą, na perfekcyjnie skoszonej trawie, jak pod golfa.  Jakbym grał u Larsa von Triera.  Nie rozumiałem.  Stałem. Bez ruchu.  Oglądałem dookoła, kto bawi się laserem. Nikogo nie było. Jasne, niebiesko – białe elektryczne perfekcyjne światełko. Zapalało się i gasło. Kręciło elipsę. W górę i w dół.  Jak urwana, nowoczesna dioda led z choinki, która dostała szansę aby pożyć. I postanowiła, że będzie wesoła i szczęśliwa z tego powodu. Jak dopakowany gadżetem szalonego wynalazcy dr. komara, królewski owad który doznał zaszczytu. Taki, nie byle jaki komar, który się urodził po to, żeby gryźć ludzi. Taki komar, co odpowiada za coś,  który ma jakieś ważne zadanie: skomunikować swój naród z drugą stroną jeziora. Ten z rodzaju super- owada o którym potem jest kreskówka w multipleksie. Błyskamy.

Z wędką, stałem, tak. “Andrzej – świetlik. Patrz. Andrzej …” Andrzej szedł dalej, gadał do siebie i nie słuchał. Mógł nie słuchać, bo jest prawie głuchy na jedno, lewe ucho. To od pracy w kopalni, kiedy szola pędzi kilkaset metrów w dół, i powtarza się tą czynność dwa razy dziennie, i przemnoży przez lata, to z bębenkami ludzkimi dzieją się złe rzeczy.

W momencie kiedy gasł, za którąś tam sesją zacząłem podejrzewać, że to tylko owad. Ale ponieważ przemówił, zrozumiałem jednak, że to był dzwoneczek, najprawdziwszy. Poszedłem więc do domu, usmiechnięty pod nosem, ale nie mający nikomu mówić o tym, co usłyszałem. Błyskamy.

Zamykam oczy.  Preludium Chopina e- moll, gra. Tysiące pomysłów w głowie krążą, zakrążają elipsy. Który najdzie, potrąci jednego w ramię, zaraz przeprosi przelatując ze świstem. Inny nie przeprosi, jak kometa bezczelnie i pazernie rozgromi pozostałe, mniej ważne ale skupione ze sobą myśli. Te krótkie świecą i znikają, przechodzą jak masło po kromce kukurydzianego chleba. Lekko i smacznie. Są jak woda w kiblu, tylko raz. Myśl zużyta, utleniona, spalona, jak benzyna w silniku, spełniła swoją powinność. Zadziałała. I odeszła. Była impulsem. Ale są pomysły, które zostają na wieczność. Myśli- weterany, które nosi się lata. Kocha się z nimi, zdradza, chowa się zmarłych, karmi się swoje dzieci i robi zakupy w sklepie. Pomysł ważniejszy, staje się poturbowany, jego elipsa, nie jest już elipsą. Jest epilepsją. Jest skutkiem reakcji, przez którą przeszły tysiące innych, mniej ważnych rzeczy. Ta poturbowaność, nadaje rangę myślom. Te myśli przekazane komuś, mają najważniejszą wartość w świecie ludzi. Dzięki nim można skończyć szkołę. Można wejśc na Kilmandżaro, jeśli są marzeniem, a jeśli są grzechem, trzeba je trzymać do końca życia na łańcuchu wewnątrz siebie. Błyskamy.

mike

 

Comments

comments