O mnie

­

Witam Cię na moim blogu. Nazywam się Mike. I tak na mnie wszyscy wołają od lat. Poza tym – Michał na rowerze, jakoś głupio brzmi i wyobraźcie sobie jak ktoś z obcego kraju wykrzywia swój aparat mowy by z grzeczności wyseplać:  „Mighaul Ne Lofesze”

 

DSCF0140 (Copy)

Musisz wiedzieć o mnie, że nie potrafię przedstawić się w trzech słowach. Ani w dziesięciu. Mam rozwiniętą tylko prawą półkulę mózgu. Zacznijmy po – wo – lutku.

Urodziłem się dawno temu nad naszym Bałtykiem, wychowałem na Mazurach, a ciągnie mnie w góry i na pustynie. W miejsca zimne. Dzieciństwo me – to rower i woda. Część życia spędziłem we Wrocławiu, myśląc pod koniec o Norwegii. Ale pod wpływem impulsu wjechałem w Polskie Tatry pomieszkać i wyjechałem z nich z długami, po roku. I tak zacząłem swoją ścieżkę włóczykija.

Czasy kiedy byłem klaunem, rozbawiałem towarzystwo raczej minęły. Teraz częściej chowam się za aparatem czy kamerką albo, po prostu się chowam. Przejeżdżam czasem rowerem przez jakiś kraj po cichu albo wściekły na coś, z pianą na ustach. Albo śmieję się głupio w niebo. To takie rzeczy siedzą w nas, i już.

Wymyśliłem sobie, że skoro brak mi gotówki i nie mogę podróżować – pracując, będę pracował – podróżując. Kompletnie nie wiedząc nic o Anglii (naprawdę) wyjechałem do pracy i spędziłem tam dwa lata. Aktualnie przebywam w Kanadzie i buduję imperium, jak Charles Bronson w filmie Nicolasa Refna. Co będzie dalej ? Może Australia ? Brzmi tak lekko, przaśnie. Facet sobie jeździ. Ale to przecież nie są wakacje. To sposób na życie. Cały ten czas jest dla mnie etapem poznawczym, papierkologią, studiami otoczenia, ciągłego procesu budowania zaufania wśród nowych dla mnie ludzi, ciężka zarobkową, taką no wiecie – męską emigracją,o której ręce i nogi mówią nie.

Mam takich kolegów którzy mówią, że gdyby nie filmy na youtube nie uwierzyli by że ja gdzieś w ogóle jeżdżę. I to jest bardzo śmieszne. Może tak jest dlatego, że nie chodzę brudny, nie jestem chudej postury albo zamiast siedzieć na fejsie, gapię się w Grenlandzkie temperatury i oglądam na żywo jak rosną huragany na Earth Nullschool Necie, ale skąd moi koledzy mogą to wiedzieć.

Pod koniec mojego pobytu we Wrocławiu odbyłem pierwszą w życiu samotną, 60 dniową podróż rowerem dookoła Islandii z własnym zapasem jedzenia. Odnalazłem się w życiu dzięki Islandii. Nie wiem co mam napisać. W planach jest trzecia wyprawa. Jakbym wracał do domu.

Uwielbiam poezje. I Czytać i pisać. Więc i rowerem jeżdżę – poetycko.

DSCF0148 (Copy)

Podróżuje stosunkowo niedawno. Mój przyjaciel Grzegorz posadził mnie na rowerze z sakwami (na początku był bagażnik i wełniany stary koc). Byłem już tu i tam, możecie przeczytać o tym na blogu. Przepedałowałem już piętnaście tysięcy km ale nie to jest ważne.

Mam za sobą kilkunastoletnią „karierę” w  małych,i dużych, znanych korporacjach i nie jestem dumny z tamtych lat. Ani z  tego jak wtedy żyłem. Na blogu Karoliny Słomskiej (Podróże Dziewczyny Spłukanej) w opisie jej osoby, znajduje najbardziej szczery chyba autoportret z jakim się spotkałem „Kiedy zakładałam tego bloga kilka lat temu, nienawidziłam własnej pracy, swojego życia i siebie samej” i ja podpisuje się pod tym. To co mnie ( jak widać nie tylko mnie) spotkało nazywam syndromem pijaka w kamienicy. Jest sobie kamienica pełna ludzi i żyje w niej pijak-dozorca. Wszyscy mają go dość. Ale jednocześnie nikt nie chce być dozorcą. Pewnego dnia, pijak nagle umiera. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Pijak też. Teraz trzeba znaleźć nowego dozorcę, który też z czasem będzie takim pijakiem. Interpretację tego systemu zostawiam, wam.

Piszę o tym bo zaczątki bloga powstały w takich właśnie okolicznościach. W depresji. W niemocy spraw ludzkich. W potrzebie chwycenia się czegoś ważnego dla mnie i tylko dla mnie. W kontuzjach damsko-męskich.

Wiele osób nawet nie wie, że mam rower. Do założenia twarzoksiążki zotałem zmuszony. Z social mediów uwielbiam i rozumiem tylko Jutuba. Umiem coś wyreżyserować, zmontować i wyfotografować. Od takie pasje.

Moi ulubieni ludzie kina to Kubrick, Tarkowsky i Jodorkowsky.

Ale, kurcze. Pomyślałem. To nigdy nie będzie blog „o słońcu Toskani”, pomidorach czy rodzinnej wyciecze. Brzydzę się krótkimi wyjazdami, latem, rankingami i robieniem turystycznych mini-mapek. Sarkastyczny jestem raczej skomplikowany w swej strukturze i nadwrażliwy na otoczenie. Raczej nie lubiany. Szpilki w mojej głowie przewraca Sztaudyngerowy motylek, co raz. Uparty jestem, musze sprawdzić wszystko na własnych dłoniach, dotknąć nawet jak poparzy. Kocham i umiem gotować. Od ludzi stronię. Ale obserwuję. Podróżuje – za wszelką cenę. Wracam z ekspedycji w nocy, z emocjami wartej książki. A rano muszę iść do pracy i czasu brak by coś spisać, pokazać, wysłać. By opowiedzieć innym jak to jest. Szkoda.

Z podróżników znanych to podziwiam Toma Allena i Heinza Stucke , Aleksandra Nowaka i Sławka Czerwińskiego… wszyscy oni filozofują, są gadułami i ludźmi wielkich czynów. Ale najwięksi podróżnicy ubrani w szmaty przemierzają po cichu, właśnie świat.

A jestem przecież jak magazyn Vice. Bezczelny i słodki zarazem. Głupio prosty. Skąd wiadomo czemu Azjaci plują w podłogę, czemu ludzie zdradzają się i czemu czekolada i woda w każdym kraju smakuje inaczej ?. O tym wszystkim można dowiedzieć się właśnie jeżdżąc rowerem. Ze starego bloga, ze starego wpisu o mnie, przepisuję tylko końcówkę, bo jest nadal aktualna i brzmi tak:

Do dziś, stojąc na ziemi – nie znalazłem niczego piękniejszego niż szybujący, przesuwający się, migoczący do mnie świat zza niewidzialnej szyby pędzącego roweru. I nie  potrzebuję szukać już niczego innego.

 

DSCF0341 (Copy)

 

I teraz konkluzja. W tle leci Sommarfågel. Bam. Łzy na emigracji. Nie zapomnę nigdy, ale to nigdy, jak obserwował mnie wspomniany już wyżej Grzegorz. Dookoła we wrocławskim biurze krążył, siadał, wstawał, znowu siadał. Rozmawiał ze mną. Pytał się. Dyskutował. Tak mijały godziny i dni. Pukał się w głowę, krzyczał sam do Siebie, po czym się nie odzywał wcale. Śmiechem nagle wybuchał – „ już wiem, wiem, Afryka ! ” – krzyczał, zza szyby w gabinecie – bo taka to postać jest.

Wybiegał nagle z biura z myślami, problemami nowymi, wybiegał by je pozabijać szybko i jeszcze zarobić, nim przyjdą kolejne problemy które też trzeba będzie pozałatwiać ale na których nie da się zarobić, ale trzeba je pozałatwiać.  Wyjaśniać sprawy biegł do auta, poczym wracał nagle nieproszony ze śniadaniem. Patrzył mój Grzegorz mi w oczy, bułki mi przynosił na stół, ale tak naprawdę to on karmił mnie pomysłami a nie samym masłem. I stworzył on strumień ciepła i mądrości  w moja stronę, taki jak na egipskich hieroglifach właśnie rysowali – bo taki to człowiek. Wilczymi oczami, jeszcze wiele razy, jeszcze w Polsce patrzył na mnie, przewidywał. I jeszcze inny Michał był wplątany w te bieganie instynktowne, on z kolei uczył mnie nocami, co to jest korba roweru, jak zapleść koło i migawka w aparacie po co jest. ! Od samych podstaw, samiuśkich uczył mnie jak dziecko małe, swoje, co skaze ma nie tylko białkową, lecz bezmózgie to dziecko, którym byłem wtedy ja. Tłukł mi do głowy rzeczy które ja po latach zrozumiałem, sam.

Grzegorz patrzył na to nasze ministerstwo, z boku coś szkicował. O gitarach gadał, Kapuścińskim. Nawet jak dryfował myślami, odbijał się na drugim brzegu i w końcu wracał. Byliśmy jak w teatrze. Przez rok prawie na scenie. I nie mieliśmy źle. Do Chin mnie służbowo chciał pakować. O świecie, książkach opowiadał. Chociaż wiedział doskonale, że mu tak nie można, że to reakcja łańcuchowa u mnie będzie. Dopiero co puścił mnie w Europę rowerem, a był wtedy mi też szefem, ojcem a nie tylko przyjacielem mym najbliższym. Więc był tym wszystkim na raz w jednej osobie i my oboje z tego cudownie korzystaliśmy. Ale widział jak ja się tu okrutnie męczę. Zabiegany kiedyś, spadł na chwilę z orbity wprost do firmy by wylądować na platformie krzesła. Kluczami rzucił, zioła jakieś nowe przyniósł, wody czystej łyknął, włosy przeczesał ręką, zrobił wytrzeszcz oczu, znieruchomiał, popatrzył i odrzucił rozmowę na komórce, a robił te rzeczy ciągle, szybko i w różnej kolejności.

To wszystko miało się wydarzyć. Od  momentu jak go poznałem, kiedy przyszedł do mnie, podał mi rękę. Ten ciągle wesoły, niewysoki człowieczek z kręconymi włosami i iskrą w oczach. Do tego właśnie momentu, dzisiaj. Grzegorz w końcu skończył procedurę. Usiadł. Półgębkiem uśmiechnął się, i finalnie przyznał: „Jezu !, Majkel, Ty naprawdę chcesz po prostu jechać dalej, przed Siebie.”

I miał rację. I ja niedługo po tym pojechałem. Całkowicie. Doszczętnie. Popsułem wszystko. I Obaj mieliśmy łzy w oczach. To wszystko wydarzyło się naprawdę.

 

DSCF0129 (Copy)

 

I to właśnie jemu dedykuję tego bloga. Takim ludziom.

I wszystko to jest made by pasja pisania, radość moja i moich kilku wstrętnych znajomych którzy mi zostali w związku z moją emigracją, charakterem, i różnicą czasu minus sześć godzin­­ kurwa mać.Te nowe blogi są cudownym medium. Działają jak ultra szybkie gołębie pocztowe, a i zachowują się jak ptaki. Niewiele zasobów potrzebują do życia, czasu jedynie i przestrzeni, dla ludzi którzy je tworzą. Są nieuchwytne, lotne, niezależne, w kij szczere i jakże inne od siebie, tak jak inni są ich autorzy.

Zapraszam do mojej przestrzeni blogowej.

Mike i jego prawa półkula.